Mieli my muzeum

193020 lipca 2012. 30 czerwca zakończyło w Poznaniu żywot Muzeum Dawnej Motoryzacji. Po szacownej placówce pozostał ino szyld nad Kaponierą. Niezorientowanym wyjaśniam, że biega o rondo w city Poznania.

W sumie nie ma co żałować. Galeria oldtimerowego szrotu dużej wartości dusiła się w krauterbudzie, gdzie po każdej jadącej górą bimbie z sufitu sypał się tynk. Całe to pomieszczenie trzęsło się, jakby w okolicy odbywało się właśnie trzęsienie ziemi o dużej skali tego tam Richtera, czy jak mu tam. Dodatkową atrakcją były pękające rury wodociągowe od czasu do czasu zalewające piwnicę. Było to dodatkowym zajęciem kustoszek galerii, które w tym momencie przy użyciu kubła i szmaty ratowały eksponaty przed tsunami.
Przez 16 lat odwiedzali galerię miejscowi notable. Rajcy miejscy  kiwali głowami, dopijali kawę i z udawanym zrozumieniem potakiwali, iż temat jest znany i myślą jak go rozwiązać.

Jak na miasto targowe galeria przynosiła niezły obciach. Dotarcie do niej wymagało nie  lada umiejętności, by w wąskim korytarzu zawsze pełnym starych kopiarek z sąsiedniego punktu ksero znaleźć ciężkie wrota. Choć trzeba przyznać, że nadzorcy muzeum robili ile mogli, aby program galerii uatrakcyjnić. Częste były zmiany dekoracji, odbywały się jakieś spotkania i koncerty.
Było, minęło.

Finałowym fajerwerkiem prezesa poznańskiej ferajny spod znaku Automobilklubu Wielkopolski była zajebista wystawa starych gruchotów w dwóch halach targowych. Którą w czasie 3 dni zaliczyło cuś koło 40 tysięcy ludzi. Zebrano bowiem ponad dwieście kolasek od czasów Franca Józefa licząc po retro z epoki real socjalizmu. Poznaniaki naród wzięcie szparujący uznał, że stary gruchot to symbol swoistego establishmentu i w dobrym tonie jest posiadać coś czym można parę razy w roku poszpanować. Runda wkoło Starego Rynku na oczach gawiedzi obciągającej browary. Flesze z komórek i laski przytulające się do kasty. Pełen orgazm.

Dość narzekania. Mam pomysł na nową galerię. Niech te dwieście luda skrzyknie się, zrzuci jakiś grosz i kupi działkę. Potem przy pomocy połączonych sił magistratu i własnych mułów postawi szykowny pawilon. Tak jak to zrobił samochodowy świr w Gdyni. Niejaki Ciążkowski dobrał partnerów, zbudował pawilon i otworzył muzeum rejestrując zarazem stowarzyszenie z opcją organizacji pożytku publicznego. Ma chłop głowę. Ten 1% też się przydaje.
Władze Klubu niestety nie podjęły wcześniej prób znalezienia nowej lokalizacji, choć doskonale zdawano sobie sprawę, że do remontu Kaponiery  dojść musi. Czekano do końca nie wiadomo, na co licząc. To może zamiast narzekania czas wziąć się do roboty, niż czekać na łaskę magistratu. Eskadra ryczących czterdziestek  jak widać  na zdjęciu gotowa do roboty.

Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski