Zimowy bałwan

zima710 lutego 2012. Mamy zimę, a z nią uroki dnia codziennego. Wyjrzałem przez okno. Stojące na ulicy bryczki pokryło białe szaleństwo. Zszedłem na dół i wziąłem szuflę.  Trza trochę ogarnąć koło chaty, co by chodnik nie przypominał sceny pod Gwiazdy tańczą na lodzie. Pójdzie jakiś mocher do Biedronki, fiknie salto i narobi wrzasku, że to zamach. Po tym Smoleńsku ludziska wszędzie wietrzą spisek.
Szuflowanie szło sprawnie, czemu z wyraźną satysfakcją przyglądał się Felix - mój kot siedzący opodal na skrzynce od listów. Niby mały stwór, a rozumie, że jego pan zmiata śnieg, żeby mu się lepiej sikanie szło.  
Po pół godzinie robota była skończona. Wtedy miasto przysłało traktor z paroma deskami z przodu. Maszyna wywinęła kilka piruetów na jezdni i zgrabnie zgarnęła śnieg z jezdni z powrotem na chodnik. I było po ptokach. Pół godziny machania szuflą miasto załatwiło w pięć minut. Felix wyraźnie śmiał się ze mnie. Przed garażem miałem teraz wał śniegu na 30 centymetrów.
Podniosłem bramę, przycisnąłem gaz i wyskoczyłem na jezdnię niczym szczur z nory. Dalej było już gorzej. Prawa fizyki przestały działać. Chcesz jechać - stoisz. Chcesz stanąć -jedziesz. Mówią, że trzeba jeździć na zimówkach.
Po pierwsze - wyznaję zasadę, że prawdziwy mężczyzna nie zmienia letnich na zimowe. Po drugie jakby były tak skuteczne, to by bryczki na siebie nie wpadały. A popatrzcie co się dzieje. Trochę śniegu i stłuczka co 500 metrów. Zima jest co roku od stuleci. Zimówki od paru lat. I co? Statystyki idą w górę. Na moich oczach facet w beemie skasował wypasioną furę przodem o latarnię. Wycelował dokładnie środkiem, aż go pchnęło na airbaga. Miał zimówki, ABS i licho wie co jeszcze.
Zimą jeździ się tak, jak na to warunki pozwalają. Ominąłem jakiegoś wielkiego SUV-a zagrzebanego w zaspie, przez którą maluch przejechał by z rozpędu. Zasapany gość w gajerze usiłował trzewikami rozgarnąć białe szaleństwo. Prawie się zsikałem. Zima ma jednak swoje uroki.
Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski