Szczaw i mirabelki

fotoradar11 marca 2013. Tego przedwiośnia modne są dwa warzywa. Szczaw i mirabelki. Jeśli mirabelki to warzywo. Wszystko za sprawą promocji tych produktów przez jednego z posłów parlamentu Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.
Z tego co z dzieciństwa mi zostało, to pamięć, że szczawiu nie jadaliśmy. Wiosną zrywaliśmy jedynie kwiaty akacji. Z racji ich słodkości. I nikt się nie otruł. Nie zdżeraliśmy ich z powodu niedojedzenia, a z bardziej prozaicznego powodu - nudy. Latem żuliśmy tasznik zwany chlebem baby jagi i różne trawy. Też nie z głodu tylko z nudów. Wiecie jak to jest. Siedzisz na nasypie, patrzysz na rzekę i nie wiesz co robić ze sobą. Mirabelki jadam do dziś. Suuuper kwasidła! A kompot pychota.
Wyszedłem rano przed dom, a tu na posesji dwie nowe blachy rejestracyjne. Lekko przysypane nocnym śniegiem ktoś przerzucił przez płot. Pomny nauk Sherlocka Holmesa nie ruszam tylko dzwonię pod 997. I co? Niech je Pan weźmie i przywiezie do nas - słyszę w słuchawce.
Czyli obywatel ma wyciągnąć bryczkę, ubrać się i przepychając się przez zaspy stawić się przed oblicze dyżurnego. Tu mam się wytłumaczyć z czym przyjechałem i poczekać aż jakiś śledczy znajdzie czas i spisze raport. Znamy te numery. Trzy godziny stracone. Już chyba nie dożyję czasów, kiedy władza będzie dla obywatela, a nie obywatel dla władzy.
- Nie mam, samochodu - warknąłem.
- Dobrze - przyjedziemy - odpowiedziała słuchawka.
Po kwadransie przed domem zaparkowało srebrne Ducato z niebieskim pasem.
- Pan dzwonił? - spytał szofer. Wysiadł, wrzucił blachy do szoferki i podziękował.
- Pewnie ktoś wykorzystał do tankowania - dorzucił. Poczułem, że spełniłem obywatelski obowiązek.
Wyciągnąłem bryczkę i  podjechałem pod CPN. Teraz toto ma w herbie orła. Nalałem dziesiątkę (poznaniacy są oszczędni) i poszedłem do kasy. I tu zaczęła się zabawa.
- Punkty pan zbiera?
- A na cholerę mi punkty. Już policja mi nalicza i to wystarczy - pomyślałem. Laska za kontuarem uśmiechała się jednak tak przymilnie, że zrezygnowałem na rzecz krótkiego - dziękuję, nie.
- Faktura?
- Nie
- Płyn do spryskiwacza?
- Nie piję.
Zapłaciłem i podjechałem pod kompresor, bo zdało mi się, że coś lewe przednie było ciut zdechnięte. Na miejscu wyszło, że maszyna nie działa, pistoletu nie ma. Za to wisi kartka - nieczynne. Tyle, że to nieczynne wisi od trzech miesięcy. I tego nie kumam. Wielki koncern paliwowy, akcje, giełda, ekspansja zagraniczna - a kompresora nie potrafią naprawić.
Otworzyłem kufer i wyjąłem prl-owską pompkę z Predomu na baterię. Po kwadransie mogłem pojechać dalej. Przy wyjeździe z parkingu inna lekko zmarznięta laska wcisnęła mi gratisowy tagesblatt. Fotoradary to napychanie kasy państwu - głosił wielki tytuł.
Odłożyłem makulaturę na fotel i ruszyłem przed siebie omijając kratery w asfalcie wielkości liścia victoria regia. Poznań know how.  Na rogatkach jakieś 100 metrów przed końcem miasta wyprzedziła mnie czarna beema. Z popielatego słupa błysnął czerwony ślip. W miejscu gdzie zaczynasz przyspieszać bo wokół pole, mój ukochany kraj zaczaił się na szoferów, by wybrać im z portfeli parę setek.
Może oni mają rację z tym radarowym fiskalizmem - pomyślałem i zawróciłem do domu. Na progu przywitał mnie mój kot. Jego wzrok wyraźnie pytał: szczaw czy mirabelki!
                                
Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski