Insurance

auto2315 października 2013. W życiu każdego samochodu przychodzi czas na odnowienie metryki. Kiedy więc okazało się, że termin kolejnego przeglądu mija za parę dni, czym prędzej szurnąłem na badania techniczne. Uprzejmy pan diagnosta sprawdził hamulce, puknął w klakson i stwierdził, że ma trudności ze sprawdzeniem ustawienia świateł. Klosze ciut przydymione.

            No fakt. Lekko były powierzchniowo zżółknięte. Przetarłem chusteczką, bo myśl o zakupie nowej pary ślepi lekko mną wstrząsnęła. Widać pan diagnosta o tym samym pomyślał, bo odszedł gdzie w głąb warsztatu. Powrócił ze ścierką i słoikiem pasty polerskiej. Trzy razy pomachał szmatą po kloszu i oba ślepia błysnęły jak nowe. Z pięknym lustrem w środku. U kolegi to kosztuje 55 złotych powiedział pan diagnosta, co odebrałem jako czystą aluzję. Ale gdzie tam. Pan diagnosta odmówił stanowczo przyjęcia hmm, poczęstunku.

            Przy okazji wyszło, że dowód rejestracyjny full. Nie ma gdzie przybić stempla. Pan diagnosta wypisał więc druczek i dokładnie objaśnił, gdzie i z czym ma dalej pójść. W drodze do domu wstąpiłem do insurance. Bo koniec polisy też wisiał w powietrzu. Wiecie do tego z trzema granatowymi literami. Postawiłem furę na bezczela przed wejściem bez kasowania za postój w płatnej strefie. Trzaśnięcie drzwiami, potem drzwi firmowe, schodki i pierwszy pokój w prawo.

- Gdzie? - warknął granatowy cieć przy drzwiach, teraz na lewo.

Poszedłem na lewo. Za drzwiami objawiła się duża kanciapa. Po lewej i prawej stronie w dali widać było stanowiska obsługi ubranej w granatowe ciuchy. Zajrzałem na lewo.

- Przedłużenie ubezpieczenia - zacząłem.

- Ma pan blankiet? - wymamrotał długonogi granat nr 1.

- Nie dostałem - odrzekłem zgodnie z prawdą.

- To proszę na prawą stronę, tam wydrukują.

- Po prawej oba stanowiska były zajęte, więc granat zaprosił do zajęcia miejsca na czymś co przypominało szewski zydel. Zydel był pokryty żółtą materią i cholernie niewygodny. Obok zydla leżał folder. Był tak nudny i tak niezrozumiały jak Ulisses Joyce`a. Z braku zajęcia przyglądałem się gustownym stiukom w rogach sufitu i fototapecie przedstawiającej kamienicę w której siedziałem na zydlu.

Po kwadransie stanowisko się zwolniło i zajął się mną granat nr 2. Wydruk blankietu okazał się jednak przeszkodą nie do pokonania. Granat nr 2 wezwał więc granat nr. 3 by wspólnie coś uradzić. Tymczasem kolejne entery wyzwalały rosnącą na wykładzinie stertę makulatury.

- Czy możemy wydrukować blankiet na czarno? - wyszeptał w końcu granat nr 2.

- Jeśli koleżanka uzna, że to wiarygodny dokument, to może być. Było mi wszystko jedno, ponieważ przypomniałem sobie, że za chwilę dostanę mandat za nieopłacone myto w strefie. Plujka wycharczała wreszcie dokument, podpisałem odbiór kwitu i udałem się na lewo, gdzie urzędował granat nr. 1. Był zajęty rozmową z klientem, więc ponownie zasiadłem w holu spoglądając na fototapetę. Zacząłem liczyć okna w kamienicy, a potem dachówki. Kolejne minuty zajęła mi wędrująca po oknie mucha. Wreszcie granat nr. 1 wyjrzał ze swego office roomu. Dalej poszło gładko. Granat nr. 1 poszedł po terminal, wcisnął kartę we właściwy otwór, wystukał kwotę i poprosił o pin. W 35 minucie mogłem wyjść na świeże powietrze trzymając w ręku odnowione insurance. Na szczęście za wycieraczką nie było mandatu. Granatowy, sorry, pomarańczowy kanar dopiero nadchodził. Był jakieś 500 metrów na horyzoncie.

Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski