Gdzie wetknąć GPS?

adjustment23 grudnia 2013.Tak wyszło, że trza było postawić furę do serwisu. A że nazajutrz wypadł wyjazd do Wawy poprosiłem o auto zastępcze. Takie byle co, byle jechało. Padło na Pandę.

            Rankiem zapakowałem papiery, niezbędne utensylia czyli komórę i nawigację. Sięgnąłem po wtyczkę i... I wtedy wyszło szydło z worka. Nie ma gniazda zapalniczki. Rozejrzałem się po okolicy fotela i nic. Między nogami też nic. (bez docinków proszę!). Zajrzałem w okolice kanapy, kufra i nic. Nie widzę. Dalsze poszukiwania spowodowały jedynie wkurwienie na 5 w skali Beaforta. Podjechałem do subiekta od Pand z propozycją by sam znalazł tę czarodziejską dziurę.

            - To redaktor nie wie? W tym modelu nie ma zapalniczki.

            - Jak nie ma. To czym pandowcy albo pandziarze ładują komóry w trasie? Szczególnie jak mają ajfony które co kwadrans się rozładowują. Pytanie zostało bez odpowiedzi. Ponieważ na ciągnięcie kabla z baterii do środka nie miałem czasu pojechałem bez dzi-pi-esu. Włączyłem dopiero na Woli.

            Kilka dni później zaprzyjaźniony mechanik wyjaśnił: - Kupujesz redaktor Pandę, mówisz i masz! Przychodzi specjalista i za drobną opłatą od ręki ciągnie kabelek i montuje gniazdko. Poprawia producenta i ma te dodatkowe dwie dychy w kieszeni.

            Zapalniczkę samochodową wynaleźli w 1925 Amerykanie i przyjęta została owacyjnie. Pozwalała bowiem na odpalenie ówczesnych Chesterfieldów, Cameli i Winstonów gangsterom Ala Capone bez użycia zapałek. Co likwidowało ryzyko zapalenia przewożonej gorzały. Z latami gniazdo zapalniczki zmieniło przeznaczenie. Ładowarka komóry, nawigacja, wideorejestrator wymagają zasilania. I gdzie mam to sobie wsadzić? Przecież to obciach dla Fiata a nie oszczędność.

            Ostatnio Hyundai zapowiedział, że też likwiduje gniazdo zapalniczki na rzecz USB. Czekam na następnego chętnego który zapowie, że likwiduje wycieraczki samochodowe.

            O wymianie żarówek lepiej nie wspominać. W 20-letniej Skodzie zajmuje to 3 minuty, w dzisiejszym trzeba jechać do serwisu, bo muszą wyjąć reflektor, a potem ustawić światła na stanowisku. Chore!

            Absurdy automobilowe rodzą się na pniu. Koleś kupił... Nie, nie powiem, bo to obciach dla firmy. W każdym razie jechał swoim traktem, gdy nagle fura zaszwargotała po szwabsku. Koleś w germańskim jest mało kumaty, więc wrzaski Helgi zignorował. Po kwadransie głos zabrzmiał już niczym befehl Oberkomando i bryka stanęła. Wkurwiony szofer najpierw zajrzał pod maskę, gdzie oprócz paru dekli przykrywających trybiki nic podejrzanego nie zauważył. Dryndnął więc po serwisanta.

            Ten przybył, Helgi wysłuchał i rzekł: Trzeba było nasikać do zbiornika. Brak płynu spryskiwacza. A to dla konstruktora oznaczało zagrożenie bezpieczeństwa dalszej jazdy, więc tak czujnik ustawił, by auto zablokować. Koleś w domu wody dolał, po czym czujnikowi łeb ukręcił.

            Drugi miał jeszcze gorzej. Latał po kraju SUV-em, gdy nagle maszyna wyraźnie zwolniła. Gaz do dechy, a na liczniku stówa i nic ... więcej. Wkurzył się gdzieś w mieście, bo bryka po depnięciu na gaz ledwie zareagowała i miałby niezły dzwon z tramwajem. Zjechał na bok i po serwisanta. Mechanik pojawił się niezwłocznie, spytał czy klient robi poranny przegląd i... zażądał otwarcia kufra. Koleś w te pędy do dealera z ryjem, że silnik nie chodzi, a ten kufer każe otwierać. W oczekiwaniu na odpał wziął doppelherz aktiv, a potem zżarł dwie antystresowe gumy do żucia. W tym czasie mechanik spokojnie śrubociągiem zdjął jakieś zaślepki i pokazał przepalone żarówki stop. Samochód może stwarzać zagrożenie na drodze, więc ma wpisaną w sterownik wolniejszą jazdę. Tak wymyślił projektant. Kumpel wrócił do domu i dla spokojnych nerwów obciągnął całą flaszkę Melissy Klosterfrau.

            Teraz czekam kiedy jakiś ważny projektant wmontuje do fury czujnik promili. Piłeś, nie jedziesz. Tylko co zrobić, jak masz nad ranem odwieźć nawaloną jak messerschmidt teściową z imienin żony. I paruje nawet z tylnej kanapy. A liścia pietruszki nie weźmie, bo zęby zielenieją. Wesołych Świąt!

Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski