Wielki Brat czuwa

nauka jazdy10 grudnia 2015. Paranoja wokół zdobywania prawa jazdy rośnie. Niedawno pisałem o egzaminie z ecodrivingu, czyli jazdy ekonomicznej. Takim przymuszaniu kierowcy do oszczędnej jazdy. Podobno przepisy te mają na celu wyrobienie w młodych adeptach kierownicy umiejętności płynnej jazdy, a także zmniejszyć emisję spalin. Co w świetle afery spalinowej VW brzmi szczególnie humorystycznie.
Jest to ograniczanie woli kierowcy, bo to nie władza powinna ograniczać styl jazdy. Jak kogoś stać na paliwo i ma stuningowaną brykę to jego sprawa.  Byle jechał bezpiecznie.

Teraz od stycznia 2016 zdany egzamin wcale nie będzie oznaczał końca egzaminów. Najpierw obowiązkowy teoretyczny kurs doszkalający. Nowo upieczeni kierowcy, którzy uzyskają uprawnienia po 4 stycznia 2016 roku będą musieli między 4 a 8 miesiącem – począwszy od dnia, w którym zostanie wydany dokument – zgłosić się na dwugodzinny teoretyczny kurs doszkalający, prowadzony przez Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego. Kurs obejmował będzie czynniki mające wpływ na bezpieczeństwo ruchu drogowego, problematykę wypadków drogowych oraz psychologicznymi aspektami związanymi z prowadzeniem samochodu.
Potem obowiązkowe szkolenie praktyczne. Także między 4 a 8  miesiącem okresu próbnego, konieczne będzie też zaliczenie godzinnego szkolenia praktycznego, prowadzonego w formie ćwiczeń m.in. jazdę na zakręcie na śliskiej nawierzchni, efektywne hamowanie z systemem ABS, wychodzenie z nieplanowanego poślizgu. Zajęcia będą odbywać się w tzw. ODTJ-ach, czyli Ośrodkach Doskonalenia Techniki Jazdy. Instruktorzy mają m.in. pokazać, jak zachować się w sytuacji, gdy auto wpadnie w niekontrolowany poślizg. Zaświadczenie o zaliczeniu szkoleń trzeba będzie przedstawić staroście.
Nie ulega wątpliwości, że to kolejne drenowanie kieszeni i napędzenia kasy owym ośrodkom. Bo szkolenie to drenaż kieszeni na 300 zet-eł.
Z pierwszym śniegiem dziesiątki kierowców wyjeżdża wieczorami na wolne place parkingowe przed galeriami by potrenować kręcenie bączków i zaadaptować się do nowych warunków jazdy. Sam to zresztą czyniłem przez lata. Po godzinie kręcenia sterem kiedy spoconym wyjeżdża się zaśnieżoną ulicę człowiek czuje się o wiele pewniej. Dlatego taki trening zalecany zresztą przez mistrza Sobiesława Zasadę preferuje wiele kierowców. Odbywanie go na szkoleniowym, a nie własnym aucie mija się z celem. Bo każdy pojazd reaguje inaczej.
Wczesnozimowych treningów zaniechałem jednak od czasu, kiedy w ślad za trenującymi kierowcami pojawiły się policyjne radiowozy przeganiające amatorów poślizgów. Zamiast trenować na pustym placu powinienem pojechać tam gdzie za trzy setki pozwolą mi potrenować zimową jazdę.
Przy takiej legislacji obawiam się, że państwo będzie wkrótce regulować poziom płynu w spryskiwaczu i sprawdzać ciśnienie w oponach. Specjalnie powołane służby będą przeganiać ukryte w krzakach pary uprawiające seks na tylnej kanapie i sprawdzać czy jest zaciągnięty ręczny hamulec.
Jednak życie po 25 października nabrało tempa Pendolino, iż słowo pisane nie nadąża za faktami. Wdrażanie nowych przepisów egzaminowania z prawa jazdy przesunięto o co najmniej pół roku. Pozostawiono jedynie obligatoryjne stosowanie „zielonego liścia”. Zieleń to symbol nadziei.
Tymczasem kurs na prawo jazdy w Czechach trwa 39 godzin - 28 godzin jazdy, reszta to nauka przepisów. Po jego ukończeniu i uzyskaniu zaświadczenia lekarskiego przyszły kierowca musi stawić się na państwowy egzamin. Kosztuje on nieco ponad 100 zł i jest podzielony na trzy części. Przeprowadza go urzędnik z gminnego wydziału komunikacji. Najpierw rozwiązujemy test. W drugiej części egzaminator zadaje nam dwa spośród 25 pytań dotyczących znajomości technicznej pojazdu. Co ważne, nie musimy znać języka czeskiego, bo możemy skorzystać z pomocy tłumacza. Kierowca podczas egzaminu praktycznego musi wykonać podobne manewry jak w Polsce. A prawo jazdy zrobione w Czechach jest honorowane w Polsce. Trzeba je jednak przetłumaczyć na język polski i nosić razem z oryginalnym dokumentem.  Czyli można. Prosto i bez komplikowania sobie życia.
A na koniec coś z Australii. Jak podał Melbourne Observer: Nie było żadnego zagrożenia na drodze, ale w Australii prawo dotyczy wszystkich jednakowo! Jeden z senatorów parlamentu australijskiego jechał na autostradzie z Sydney do Canberry z szybkością 245 km/h. Został zatrzymany przez policję. Kierowca był trzeźwy. Max dozwolona była 110 km/h. Pan senator niezwłocznie doprowadzony przed oblicze sędziego prosto z autostrady tłumaczył się, że jechał na bardzo ważne spotkanie z premierem w sprawie obronności kraju. Sędzia wysłuchał tego wytłumaczenia i tylko kiwał głową. Po czym powiedział: Ponieważ jest pan senatorem w Australii i ma pan dawać przykład dla maluczkich postanawiam: „karzę pana grzywną w wysokości 2,5 tys. dolarów, zatrzymuję prawo jazdy na 18 miesięcy i skazuje na karę bezwzględnego więzienia na okres 3 miesięcy”. Nie było żadnego odwołania. Został na sali sądowej skuty przez policję i wyprowadzony do wykonania wyroku. Widziała to cała Australia w telewizji. Po wyjściu z więzienia chciał wejść do budynku parlamentu, ale straż nie wpuściła go do pokoi poselskich. Stracił pracę jako, że osoba karana sądownie nie może sprawować funkcji na stanowiskach w administracji państwowej i w rządzie. W Australii nie ma immunitetu. Gdyby nie było wyroku sądowego to mandat nie jest uważany za karę sądową i nie było by całej tej sprawy. Ponieważ przekroczył prędkość o ponad 50 km/h policjant nie może karać i musi oddać sprawę do sądu.
Co dedykuję nowowybranym członkom polskiego parlamentu. Jak to mówią, co kraj to obyczaj.

Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski