Miasto zakazane

wolnemiasto16 września 2017. Należę do tego pokolenia poznanioków, które z fyrtla przy Grobli nie chodziło na Miasteczko inaczej jak po łuku mostu św. Rocha. A zimą na drugi brzeg Warty przeprawiało się po ruchomej krze. Jak każdy ejber.  Nasza eka rządziła między Mostową a Wierzbową. Bawiliśmy się na gruzach pozostawionych przez szkopów. A mój dziadek zginął w Reichswehrze pod Verdun.
    Jestem też od zarania związany z różnymi środkami lokomocji. Wskakiwałem do bimby na Garbarach, wyskakiwałem na Dzierżyńskiego, czyli dzisiejszej Półwiejskiej. Potem śmigałem kolarzówką w dół Podgórnej i marzyłem o udziale w Wyścigu Pokoju. Pamiętam czerwony klinkier na Świerczewskiego (teraz Bukowska) i granitową kostkę na szosie warszawskiej w kierunku Swarzyndza.  Za zarobione bejmy kupiłem Komara, a później WSK-ę. Wreszcie zasiadłem za sterem szarosinego malucha by pojeździć po św. Marcinie z lewą ręką za oknem. Układ komunikacyjny miasta miałem w małym palcu u lewej nogi.
    Do dziś. To dziś to nie konkretny dzień, ale czas w którym mafia rowerowa przy pomocy magistratu postanowiła wytruć samochody z miasta. Niedawno jadąc grzecznie prawym pasem spostrzegłem nagle, że zamienił się on w czerwoną ścieżkę rowerową. Rzuciłem się w lewo omijając po prawej jakiś słupek imitują słabo oświetlony grzybek. Rowerowe dukty wiją się niczym ogniste języki chińskich smoków. Raz pojawiają się z lewej, raz z prawej.
    Horror zaczyna się o zmierzchu. Sfory nieoświetlonych rowerzystów mijało mnie z prawej i lewej. Niektórzy jechali na wyraźną czołówkę. Już nawet kamera wideorejestratora tego nie ogarnia. Policja nie reaguje. Lokalne tageblatty również.
    Ponieważ burgermajster jeździ rowerem postanowił zlikwidować w mieście miejsca parkingowe. Magistrat zaczął więc intensywnie usuwać samochody z ulic. Barierki w kolorze żółtym, czerwonym, czarnym. Tysiące ton żelastwa ląduje na ulicach by broń Boże jakiś cwaniak nie stanął poza strefą parkowania. Przed centrum  usług pogrzebowych nie staniesz bo brak miejsca. Ale tam. Niech żałobnicy dojadą rowerami. Do sądu nie pojedziesz, tak jak do komendy policji czy archiwum. O muzeum czy bibliotece zapomnij. Wszystko wygrodzone. Adwokat na rowerze? A czemu nie. Najwyżej mu papiury zmokną na deszczu. Miasto to malowanka czerwonych i białych pasów. Uzupełniona jakimiś zygzakami. Gdzie zawsze myślę czy po nich jechać czy omijać.
    Za kierownicą czuję się jak naćpany na haju. Raz jadę po lewej stronie ulicy, raz po prawej. Wpadam na jakieś freski na jezdni, które okazują się... rondem. Słupkami odcięto kupców na pl. Bernardyńskim. Jak mają towar wyładować magistrat nie odpowiedział. Słupki zniknęły po 24 h.
    Jade 30-tką i sie gapie. Niestety malowane pasy mają się nijak do rzeczywistego ruchu. Dla kierunku mało używanego jak lewoskręt na Alejach wyznaczono odrębny pas. Dla tych co jadą prosto i w prawo, a to większość -  też jeden. Chore. Przystanek wiedeński oznakowany jako „podłużny garb”. Samochód przede mną miotnął się w lewo na szyny by go ominąć. Inni jechali prosto. Poczułem się jak na skoczni narciarskiej. Komu potrzebny przystanek Wiedeński na Gwarnej, jak tam nie ma ruchu. Jedne skrzyżowania równorzędne, inne podporządkowane. Brak konsekwencji w działaniu. Na Libelta garb w  kwadracie nie oznakowany niczym.
    Na Bukowskiej żeby skręcić w prawo trzeba przeciąć bus pas. Oczy dookoła głowy, czy to zielone pudło nie nadjeżdża. Na Warszawskiej to samo, tyle że od Michała bus musi czekać aż przejadę za skrzyżowanie za którym już buspasa ni ma.
    Obłąkany chocholi taniec trwa. Na jednokierunkowej o dwóch pasach i dużym ruchu burgermajster wymyślił buspas. Kiedy specjaliści wskazali na ryzyko korków burgermajster postanowił, że osobówka wioząca trzy osoby może jechać buspasem. Że sprzeczne z kodeksem drogowym? No to co! Chcesz skręcić w prawo i nie wiesz kiedy wjechać z lewego  na ten buspas. I czy nie władujesz się pod Solarisa. A poza tym - masz Smarta albo dwuosobowe kabrio - jesteś drugi sort. Burgermajster dyskryminuje szoferów. 20 procent ulic nie ma tabliczek z ich nazwą, za to znaków drogowych przybywa w tempie geometrycznym.
    Podjęto cenną inicjatywę. Ustawiono szafy gdzie można składać zbędne książki. W zamian zabrać inną. Ale pod szafy nie podjedziesz. Muszę postawić furę na zakazie i targać 5 kilo rozglądając się, czy nie jestem namierzany przez magistrackie pachołki.
    Na św. Marcinie znajduje się przychodnia lekarska. Chory na rowerze? A czemu nie. Wewnętrzne parkingi tylko dla mieszkańców. Tak burgermajster dba o osoby chore i starsze. Burgermajster nie przyjmuje do wiadomości, że wśród kierowców są też osoby którym poruszanie się sprawia kłopot. Starają się jak najbliżej dotrzeć do celu. Że do ZUS-u czy skarbówki też muszą dojść. Burgermajster nie lubi drobiu. Na jakichś wiecach wykrzykuje nieznany twór językowy „kaczyzm”. Burgermajster walczy z kaczyzmem, a ja pół roku czekałem na zalanie pozimowej dziury w asfalcie.
    Aby nie być malkontentem mam dla burgermajstra radę. Zlikwiduj Pan parking na pl. Wielkopolskim. Te 30-letnie laski z dziećmi na tylnym siedzeniu swoich SUV-ów niech jeżdżą rowerami. Kilo pyrów na kierownicę, pietruszka i buraki na tylny bagażnik. Bachor na ramie. Można? Można!
    Skutki tej polityki są takie, że goście targowi już kręcą nosami. Dojazd do MTP utrudniony. A to oznacza spóźnienie na stoisko czy konferencję. Ale kogo to w magistracie obchodzi.
    Najnowszy pomysł burgermajstra to Wolne Miasto Poznań. Mnie kojarzy się jednoznacznie ze złowrogim Freistaat Danzig. Przed czym Frei Stadt Posen ma być wolny - nie wiem. Może od podatków. Od powietrza, głodu, ognia i wojny? A może burgermajster wprowadzi rogatki o granicy miasta i myto za wjazd do centrum. Albo otoczy miasto murem.
    Jest jednak światełko w tunelu. Przyjdzie zima i biały puch zakryje te uliczne malowanki. No i przeświadczenie, że za rok w magistracie zasiądzie nowy burgermajster o realnym spojrzeniu na otoczenie. Do tego akurat dołożę ręki.
Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski