Drogowy Ordnung

znakD16 grudnia 2011. Powszechnie Niemcy znani są ze swej perfekcji i porządku. Nie podzielam tego zdania. Znam bowiem wiele przykładów świadczących o tym, że nadmierny porządek czyni bałagan. Zacznijmy od powszechnie uwielbianych szos niemieckich. Przez rodaków w skrócie nazywanych autobahnem.


Plemiona teutońskie wybudowały doskonałe autostrady już w latach 30, kiedy u nas gruntową drogą jeździli wyłącznie dziedzice. Ale też wiemy w jakim celu potrzebne były osobnikowi z grzywką i wąsikiem.

Dziś drogi niemieckie grzeszą nadmiarem znaków drogowych. I to większym niż u nas. W niemieckim kodeksie drogowym mamy strzałkę z napisem Einbahnstrasse. A także „uwaga – śnieg”, „uwaga – nie ogrodzone nabrzeże”, „uwaga – kamienna lawina”.
Znak „uwaga śnieg” oznajmia przeciętnemu Uwe, że będzie padać albo już pada, bo przecież biały puch trudno dojrzeć.

Nie ogrodzonego nabrzeża w tym uporządkowanym landzie nigdy nie spotkałem, bo każdy burgermeister uważa za punkt honoru oddzielenie morza czy rzeki kutą balustradą, by ich srebrne i czarne passaty nie wpadały do wody. Dodatkowo balustrada służy za punkt podparcia dla Uwe po nadmiernej konsumpcji napoju nazywanego przez tutejszy lud - bier.

Ale to nic. W Bundesrepublik mają dwa znaki mówiące o tym, że jezdnia mokra może być śliska. Jeden jest trójkątny, a drugi prostokątny. Do tego istnieje cała gama dodatkowych tabliczek szwargotających. Jakieś baustellenausfahrt, strassenschaden, verschmutzte fahrbahn, verkehrsführung geandert, rollsplitt, rauch, schienenfahrzeuge haben Vorrang. Albo – keine Mofas? Co kojarzy mi się z mopsem. Wszystko po to, by Uwe nie zbłądził.

Niemcy tkwią w tym bałaganie od lat 50. I do tej pory nie skumali, że Unia nakazuje unifikację znaków i likwidację tabliczek w języku rodzimym. Choćby po to, by w zjednoczonej Europie nie utrudniać życia turystom. Co mnie turystę jadącego przez Europę obchodzi, że schienenfahrzeuge haben Vorrang i czy muszę wiedzieć co znaczy owo einbahnstrasse. I co mam zrobić jak nie mam Mofas.

Już słyszę biadolenie Uwe, gdyby w Polsce istniały tabliczki z napisem „jeden kierunek ruchu”. A takie kiedyś były. Bild ocenił by Polaków tak jak tylko on potrafi.

Odzywają się jednak głosy, by z tym anachronizmem skończyć i dopasować znaki drogowe do tego co w Unii standardem. Niemiecki kodeks zawiera dziś 398 znaków.

Parę lat temu Niemcy wpadli w inną pułapkę. Pojawiły się znaki Umwelt Zone. Nazywane przez nich samych Dummweltzone. Owe Umwelt Zone to niemiecki wynalazek, który polega na zorganizowaniu w dużych miastach stref zakazu ruchu dla fur które zbytnio dymią z rury.

Do Umwelt Zone można wjechać posiadając odpowiedni kwit na szybie w kolorze zielonym, żółtym bądź czerwonym. Inaczej zapłacimy sztraf czyli mandat 40 euro. Strefa jest już w co najmniej 30 miastach i rozrasta się niczym hydra, bo to dla magistratu dodatkowy podatek. Bo kwit kosztuje od 5-10 ojro.

I tu zaczyna się problem. Perfekcyjni Niemcy wydają plakietki w stacjach serwisowych. W ich dowodach rejestracyjnych istnieje zapis informujący jakiej normie Euro odpowiada silnik. Jak Euro 4 - ist gut, jak 1 – jesteś skreślony. Gdzie ma ich szukać turysta nie wiadomo. Ale jak znajdzie to i tak nic mu to nie pomoże. Bo informacji o normie Euro nie ma w dowodach rejestracyjnych innych państw. Bo być nie musi. To niemiecki wynalazek, który nie jest dopasowany do unijnych przepisów. Chłopcy z Bundestagu przedobrzyli. Podjęto więc decyzję, że przyjmować się będzie rok produkcji samochodu kojarzony niby z normą Euro.

W końcu wiadomo, kiedy zaczęły obowiązywać. Szybko jednak wyszło, że są nowe samochody posiadające silniki z wcześniejszą normą Euro. Bo producenci mieli zapasy silników i wkładali je w nowsze pudła. Teraz okazuje się, że by dostać plakietkę Umwelt Zone wystarczy podać rok produkcji. Graniczne wartości to 1997 dla diesla i 1993 dla benzyny. Ale to czysto papierkowa robota. Bo co z tego, że auto według papierów klasyfikuje się do zielonej plakietki, jak filtr pyłkowy zżarty przez kwas. Szkodliwe spaliny i tak lecą w powietrze. Lipa!

Ale Niemcy ugotowali się w innym miejscu. Ponad 50% niemieckich kamperów ma ponad 15 lat i na plakietkę nie ma co liczyć. A to wszystko diesle o niewielkim przebiegu, często 50-70 tysięcy kilometrów. A carawaning to ulubione hobby pół miliona niemieckich turystów latem wałęsających się po Europie. Ten złom stoi i nie może wjechać do niemieckich miast.
Na niemieckim forum burza. Berlińczycy są oburzeni.

- Stoję nieustannie pod światłami i daję więcej czadu niż auto bez plakietki – pisze oburzony Uwe.

Mój alte Kamerad – Hans śmigający po Berlinie 30-letnim 2CV po prostu toleruje strefę. Do berlińskiej Umwelt Zone wjechałem spokojnie przez nikogo nie niepokojony. W ulicznym chaosie nie zauważyłem nawet owej tablicy z zakazem wjazdu. Wieczorem wypijając kolejne piwo w narożnej bierstube naszła mnie ciekawa refleksja. Co będzie jak 25 europejskich państw wprowadzi u siebie Umwelt Zone. Przednia szyba będzie wytapetowana niczym ściana koji u marynarza, co to przez pół roku nie schodzi na ląd.

 

Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski