Piąte koło u wozu

opona15 stycznia 2012. Po tym jak w 2004 roku przyłączyliśmy Unię Europejską do Polski, doszedł nowy sukces. Połączyliśmy land brandenburski wraz z największym miastem tego regionu z Wielkopolską. Betonowa Kulczyk-strada połączyła Berlin z Poznaniem. Koniec Mordoru i przedzierania się przez oddziały krasnali i tirówek. Co prawda o dwa lata później niż przewidywano. Ale to skutek działania złośliwego gnoma o świrowatym spojrzeniu numerującego Rzeczpospolite o punkt wyżej.
Do miasta nad Szprewą śmignęliśmy z kolesiem nowym Volvo es60. Full wypas – automat, biała skóra, tempomat, korbotronik szyb we wszystkich drzwiach, system rozlewania oleju - SRO i parę innych wynalazków. Koleś, znany automobilista preferuje tę klasę bezpieczeństwa, jaką oferują Szwedzi.
Wczesnym rankiem A-2 spowijała dość gęsta mgła, zjawisko atmosferyczne jak dziś już wiemy powstające w wyniku działania przyjaciół Moskali. Na szczęście dobry szwedzki wyrób dał radę. Wystarczyło 150 minut by osiągnąć Kurfürstendamm.
Wcześniej przejeżdżając nie pilnowany most na Odrze, przypomniałem  sobie wrzaski Gomułki o niemieckim rewizjoniźmie i pilnowaniu jak źrenicy oka granicy na Odrze/Nysie. Oraz DDR-owskie grünpersony z grenzwache i zollbeamte podkładających lusterka na kółkach pod podłogę samochodu. Dziś ani śladu po przeszłości. Fraza Remarque „Na Zachodzie bez zmian” nieaktualna.

Berlin polonizuje się. Przybywa firm polskich, a rodzime k… słychać dość często. Rodaka handlującego Marlboro na rogu ulicy  zastąpili przedsiębiorcy. W Berlinie są polskie kancelarie adwokackie, spożywcze minimarkety, gdzie u Polki właścicielki na kasie pracują Niemki. A polskie cukiernie przygotowują geburtstagowe torty dla Heidi i Uwe. Gdyby to führer widział. Koleś u którego przed 20 laty nocowałem na Wilmersdorf z oknem wychodzącym na mur z drutem kolczastym dziś przymierza się do willi nad Wannsee.
Coraz więcej knajp prowadzą nasi, a kelnerki noszą wizytówki z wdzięcznymi imionami Agnieszka albo Basia. Wieczór zszedł więc w miłym towarzystwie przy dyskusji o przewadze piwa monachijskiego nad berlińskim. Zwyciężył Krombacher z Westfalii.  

Nazajutrz postawiliśmy na  kulturę. Padło na wyspę skarbów. Albo piratów. Dokładnie nie pamiętam. Upakowaną neue museum, alte museum, alte galerie, pergamin czy jakoś tam. Postawiliśmy brykę frontem do nadrzecznej balustrady. Kiedy wróciliśmy Volvo es60 stało lekko pochylone na lewy przód. Inspekcja wykazała laczek po stronie szofera.
-    Lewarek i zmieniamy – zdiagnozowałem.
-    Tu nie ma zapasówki – odpowiedział wielbiciel Volvo es60.
-    Jak k… nie ma? Dojazdówki nie ma?
-    No w tym modelu nie ma (odpowiedź przetłumaczona z łaciny na polski).
Zeskrobaliśmy ze szyby telefon do assistance, przekopaliśmy się przez kanały żółty kurczaczek, niebieski kurczaczek (wiadomo o co biega). Poinformowano nas o nagrywaniu rozmowy, sprawdzono dane personalne szofera i rodziny i spytano gdzie tkwi problem. Po czym dowiedzieliśmy się, że należy czekać. Po godzinie wielbiciel Volvo es60, człowiek przedsiębiorczy wykazał lekki nerw i dźwięknął do Volvo service w III RP. Pomoc okazała się jednak niemożliwa. Volvo service od wyspy piratów dzielił bowiem dystans 300 kilometrów. Pozostało czekać. Po kolejnym telefonie do assistance przybyła wreszcie laweta, która uniosła furę spod balustrady. Na lawecie Volvo es60 dotarło do jakiegoś reifenservice.  Wokół fruwały kolorowe fany z logo wszystkich firm robiących w gumie, a wielkie prześcieradło głosiło: 5000 reifenverkauf für alle wagen.

Jednak w pojedynku z Volvo es60 berliński skład poległ. Do domu wróciliśmy na letniej oponie o zupełnie innym bieżniku. Mój kumpel przewiduje tanio sprzedać Volvo es60. Tym bardziej, że podobno Szwedzi zamierzają zrezygnować z kolejnego podzespołu. Kumpel obawia się, że to mogą być wycieraczki. Zawsze parę euro taniej.

Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski