Requiem in pace

requiem3 lutego 2012. Miejscowy klub samochodowych świrów, do którego od 40 lat należę przysłał kwit na darmowe wejście na otwarcie kolejnej wystawy starych gruchotów. Automobilklub Wielkopolski zaprasza, członek nie może odmówić. Tym bardziej, że kwit był podpisany przez Jego Wysokość Prezesa – Werle. Człeka poczciwego, któremu lepiej nie wchodzić w drogę. Kwit wyjaśniał też, że open ceremony dotyczy kabrio. A kabrio to James Bond, Angelina Jolie i Beverly Hills.

Kabrio to full szpan,  niebo nad głową, słońce na pysku, wiatr rwie pióra, ptaki na ramieniu i metoda na wyrywanie lasek. Zimą drapanie pazurem lodu na dachu, sople w nosie i lód na sterze. Latem menel wrzuci niedopałek, bo pomyli z koszem. Do tego syf wpadający do środka podczas jazdy za TIR-ami i kombajnami podczas żniw. Kabrio w Polsce, to jak papuga na Islandii. Jedyne co ważne - kabrio nie dachuje, bo nie ma dachu.
    
Minus piętnaście wprawdzie potrafi człowieka zniechęcić do podróży, jednak chęć zaliczenia wyszynku przeważyła.

Galeria stuletnich bryczek mieści się w podziemiu, przy którym moja piwnica z kartoflami to salon for beauty. Najpierw trzeba zsunąć się po śliskich schodach. Potem pokonać  ponury korytarz kojarzący się na miejsce randki z dusicielem z Bostonu. Do niedawna z sufitu zwisały tu rozmaitej grubości kable i przerdzewiały podpierany słupami beton. Teraz pod wpływem strachu związanego z Euro 2012 wszystko to elegancko zaklajstrowano.

Dzieje się tak za sprawą magistratu, który od lat 80. szuka lokum pod muzeum wszystkiego, co z żelastwa i na kołach jeździ. Mimo, że zabytków przybyło, a ich liczbę szacuje się na ponad dwieście. Podobno jak dojdzie do pół miliona to magistrat coś zrobi.

Zatrudniający chmarę pomagierów urząd nie może skumać, że takie muzeum to magnes ściągający fanów automobilizmu z całej Europy. Okazja promocji miasta. Wprawdzie wydawany co miesiąc lokalny guidebook wspomina o istnieniu tego tworu, ale na tym koniec. Czcigodni radni jak zwykle kiwają. I nic więcej.Zamiast zbioru techniki naród otrzyma tzw. zamek Gargamela czyli sale wystawowe wypełnione cepelią, skorupami w czasów Mieszka I i etnograficznymi wycinankami.

Jak by nie było, zaparcie jakie wykazuje aktyw godne jest podziwu. Buda się wali, a orkiestra gra do końca. W zimową porę otwarto wystawę kabrioletów. Czyli pojazdów bez dachu, sprzedawanych po cenach wyższych od normalnych. Ponad dwadzieścia rozmaitych bryczek którymi jeżdżono przed laty w goglach i pilotkach. W co lepszych wyposażonych w szmaciany dach ze sztywnej materii. Koła na szprychach, za to bez plastiku i zbędnych bajerów. Zapachniało latami dwudziestymi. Kobitki w piórach i cygaretką. Instrumenty - tacho, woltomierz i koniec. Odpicowanych na hochglanc niczym ślubne lakierki.

Zabrakło Cadillaca Eldorado i Rollsa Camargue. Wyjaśniono mi jednak, że obie fury w całości wypełniły by tę piwnicę. Wyszynk stanowiły domowej roboty krakersy z mandarynkami.

Zwiedzaniu towarzyszył delikatny pył osuwający się z sufitu pod wpływem drgań przesuwających się nad nami pojazdów szynowych zwanych bimbami. I tak miałem szczęście, bo wcześniej spadały kawałki tynku. Zapewne ten fakt zmobilizował zespół wystawowy do wyboru kabrio. Zamiast na lakierowany dach tynk posypie się na skórę. A to się strzepnie. Nie głupio pomyślane.

To zarazem zapewne ostatnia wystawa. Po Euro wszystko się zapadnie, a dziura jaka powstanie będzie niczym krater po meteorycie tunguskim. Wtedy archeolodzy wykrywaczami metalu odnajdywać będą pozostałości po kastach BMW, Oplach, Morrisach. Następne muzeum powstanie w 22. stuleciu.

Ludzie, jedźcie szybko do Poznania. To okazja last minute. Zapowiadany na 21 grudnia 2012 koniec świata coraz bliżej.

Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski