Zakazana ślizgawka

icedriving28 lutego 2012. Tej zimy telewizornia doniosła o breweriach, jakie młodzi ludzie wyprawiają na Mazurach. Jeżdżą po lodzie samochodami. Ślizgają się bokiem. I nic nie można zrobić, bo nie ma takiego zakazu.
Ale dzielna władza szybko wymyśliła sposób na śmiałków. Ustalono, że dojazd nad jezioro wiedzie przez las. I to zakaz pierwszy. Po drugie na plaży nie wolno parkować. I już można pisać mandaty. To nic, że lód gruby i ryzyko niewielkie. Władza wie lepiej.

Icedriving to dyscyplina szczególnie znana w Skandynawii. Na skute lodem jeziora wyjeżdżają fani poślizgu. Szwedzi, Norwedzy, Finowie. Nie ma bowiem lepszej zimowej zaprawy jak ostry trening na lodowej płycie.

Sam zresztą popełniałem podobne czyny, tyle, że na zaśnieżonym placu nocą przed marketem. Temperatura –10, a okno otwarte tak człowiekowi gorąco po tych piruetach, podwójnych radebergerach, akselbantach. Po półgodzinie treningu wyjazd na ulicę to jak jazda po szorstkim betonie. Czuje się każde chybnięcie auta. I bez strachu.

Kiedy w Poznaniu rodził się street racing zrezygnowano z mandatów. Policja zamknęła nocą bardzo szeroką aleję, domówiła dyżurną karetkę i widowisko nabrało legalnego obyczaju. Piractwo nabrało cech legalnego sportu. Później owocowało to wyścigami na ćwierć mili na torze „Poznań”. A więc można.

Czemu więc nad mazurskimi jeziorami nie sprawdzić najpierw lodu, a potem ustawić dyżurnych strażaków z linką holowniczą. Niech fani lodowej ślizgawki doznają adrenaliny. Wyjdzie im tylko na dobre. Doświadczenie kierowcy zdobywa się w ekstremalnych warunkach, a statystyki pokazują, że z tym nas nie najlepiej.
Podejrzewam jednak, że miną dekady, zanim mentalnie nastawimy się pozytywnie na wszelkie inicjatywy.

Copyright 2011. Dobieslaw Wielinski